Sędzia czy współautor - to zależy od jednego słowa
[ prosisz o radę czy ocenę? - to nie jest to samo ]
Kiedyś wysłałam tę samą wersję prezentacji do dwóch osób. Jedną poprosiłam o opinię. Drugą - bez specjalnego zamysłu - o radę, co by tu zmieniła.
Odpowiedzi przyszły tak różne, jakby czytały dwa różne dokumenty.
Pierwsza w stylu: „dobre, sensowne, ja bym chyba zostawiła".
Druga: trzy konkretne rzeczy do zmiany i jedno pytanie, na które sama nie umiałam od razu odpowiedzieć.
Pewnie da się to wytłumaczyć na kilka sposobów - może druga osoba była po prostu bardziej wnikliwa, może akurat miała lepszy dzień. Ale od tamtej pory zaczęłam zwracać uwagę na to jedno słowo w pytaniu.
I znalazłam, że jednak coś w tym jest jeszcze ciekawszego!
🧠 Jedno słowo, dwie różne role
Cialdini i badacze, do których za chwilę dojdę, opisują to mniej więcej tak: samo słowo w prośbie może ustawić rozmówcę w innej roli - jeszcze zanim zdąży się zastanowić. Prośba o opinię („co o tym sądzisz?") bywa odbierana jako zaproszenie do oceny.
Rozmówca patrzy na to, co już zrobiłam, i wydaje werdykt. A oceniać cudzą pracę bywa niewygodnie (nie każdy to lubi i umie) albo nie chcą komuś utrącić motywacji - więc niektórzy dodatkowo jeszcze łagodzą: „Jest okej". „Dobra robota". U mnie zwykle kończyło się czymś miłym ;-)
Prośba o radę („co byś tu zmienił/a?") zdaje się uruchamiać coś innego.
Uwaga przesuwa się z tego, co było, na to, co mogłoby być. Trochę jakby z sędziego rozmówca przesiadał się na miejsce współautora. Zaciekawiło mnie to… Cialdini opisuje to jako konsekwencję szerszego mechanizmu, który nazywa zasadą jedności (Unity).
W skrócie: kiedy prosimy o radę, w pewnym sensie szukamy wspólnika. Rada - jak mówi - prowadzi do poczucia partnerstwa, pracy zespołowej, współpracy; rozmówca „robi półkrok w Twoją stronę". A osoba, która nam radzi, częściej zaczyna nam kibicować, bo jej podpowiedź „wsiąka" w nasz pomysł i staje się trochę też jej
🧠 Pewien polityk i pożyczona książka
Bliski przykład tego mechanizmu, jaki znam, ma prawie trzysta lat. Benjamin Franklin opisał go w swojej autobiografii.
Franklin, jako młody polityk w zgromadzeniu Pensylwanii, miał wpływowego rywala, który publicznie go zwalczał. Zamiast próbować go przekonać, poprosił o przysługę: wiedząc, że tamten ma w bibliotece rzadką książkę, napisał z prośbą o pożyczenie jej na kilka dni.
Rywal książkę przysłał. Franklin odesłał ją po tygodniu z podziękowaniem. Przy następnym spotkaniu człowiek, który wcześniej się do niego nie odzywał, zagadał i to ponoć uprzejmie. A z czasem się zaprzyjaźnili! Franklin podsumował to starą maksymą: że ten, kto raz wyświadczył nam przysługę, chętniej zrobi to ponownie niż ktoś, komu to my pomogliśmy.
Psychologowie nazwali to później „efektem Franklina" i sprawdzali w eksperymentach (np. Jecker i Landy, 1969)To nie była prośba o radę, tylko o przysługę i (ściśle biorąc) stoją za tym nieco inne mechanizmy psychologiczne.
Ale (jak dla mnie) logika jest pokrewna. Kiedy o coś prosimy, dajemy drugiej osobie do zrozumienia, że ma coś, czego my nie mamy: wiedzę, książkę, doświadczenie. I może to ją do nas zbliża, zamiast oddalać.
🧠 Restauracja, która jeszcze nie istniała
Bliżej naszych czasów sprawdzili to Liu i Gal (2011).Pokazywali badanym opis nowej restauracji - konceptu, który dopiero miał powstać. Jednych poprosili o opinię o pomyśle, innych o oczekiwania wobec takiego miejsca, a jeszcze innych o radę, co można by w tym koncepcie poprawić.
Z badania wynika, że grupa proszona o radę deklarowała później większą chęć odwiedzenia restauracji i większe przywiązanie do marki - do miejsca, które jeszcze nie istniało. Autorzy nazwali to efektem bliskości (intimacy effect): prośba o radę sprawiała, że badani czuli się trochę współtwórcami. Prośba o opinię czy oczekiwania tego nie dawała (choć pamiętajmy, że to były badania deklaratywne).
Czyli: ta sama restauracja, ta sama osoba, a wystarczyło inne jedno słowo w pytaniu, żeby zmieniło się nastawienie do marki.
To było dla mnie zaskakujące.
🧠 Czy chodzi tylko o sympatię?
Kolejne badanie idzie o krok dalej - pokazuje, że chodzi nie tylko o sympatię, ale o jakość tego, co dostajemy z powrotem.
BTW: od razu zaznaczę: to nie jest argument przeciwko feedbackowi. Informacja zwrotna jest w organizacjach potrzebna. Rzecz w czymś subtelniejszym - w tym, jak samo słowo w prośbie ustawia osobę, która ma nam odpowiedzieć.
Zespół z Harvard Business School (Blunden, Yoon, Kristal, Whillans, 2019) poprosił około 200 osób, żeby skomentowały list motywacyjny napisany przez kogoś innego.
Połowa miała dać „feedback", połowa: „radę".
Grupa „feedbacku" pisała raczej ogólniki: „wygląda na sensownego kandydata", „całkiem nieźle". Grupa „rady" wskazała 34% więcej obszarów do poprawy i podała 56% więcej sposobów, jak zrobić to lepiej.
Skąd ta różnica? Badacze tłumaczą to tak: samo słowo „feedback" (jeśli nie jest doprecyzowane) niesie najprawdopodobniej skojarzenie z oceną - ze szkolnymi stopniami, z rozmową roczną.
Ocena kieruje uwagę raczej wstecz, na to, co już się wydarzyło. „Rada" przesuwa ją do przodu: co da się jeszcze zrobić.
A o przyszłości, w odróżnieniu od przeszłości, zwykle jest więcej do powiedzenia. Innymi słowy: nie chodzi o to, że feedback jest gorszy - chodzi o to, że prosząc o „radę", łatwiej wydobyć z kogoś to, co w dobrym feedbacku i tak jest najcenniejsze (jeśli to się zrobi lepiej niż w tym badaniu): konkret na przyszłość*.